sobota, 14 czerwca 2014

"Koń jaki jest, każdy widzi", czyli Krajowy Standard Kompetencji Zawodowych: broker informacji (researcher)

Zrobię coś bardzo polskiego. Otóż zamiast chwalić innych, że dokonali czegoś jako pierwsi, a to coś jest w dodatku przydatne, zacznę od tego, co mi się w tym nie podoba. Czyli klasyk.

Jakiś czas temu pisałam o projekcie ,,Rozwijanie zbioru krajowych standardów kompetencji zawodowych wymaganych przez pracodawców", organizowanym pod nadzorem i z inicjatywy Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. Jak można przeczytać na stronie projektu, jego głównym celem było "przygotowanie nowych zasobów informacji zawodoznawczej", m.in. poprzez opracowanie 300 opisów standardów kompetencji zawodowych. Wśród nich znalazła się profesja "Broker innowacji (researcher)". W moim blogowym lengłidżu - infobroker.

Szczerze mówiąc, próba dotarcia do opisu kompetencji infobrokera jest testem czy szukający aby na pewno odpowiednie kompetencje, niezbędne researcherowi posiada. Oto nawinie założyłam, że wypracowywany dokument pojawi się gdzie?? No na stronie projektu. Nic bardziej mylnego!! Nie ma go do dzisiaj ani w zakładce "raporty" ani "publikacje". Przy dokładniejszej analizie kontentu, użytkownik strony sam zaczyna być kontent, bo okazuje się, że w liście polecającym od Pani Dyrektor Departamentu Rynku Pracy wyraźnie napisano, na jakiej, innej stronie, znajdzie się efekt końcowy projektu. Adres podano, nie podlinkowano. Cóż to za subtelna analogowa metoda, wykorzystana w tym internetowym szaleństwie odsyłania, klikania i niewskazanego pośpiechu. Krajowe standardy kompetencji dla poszczególnych zawodów można znaleźć tu. Co prawda trzeba założyć bezpłatny profil, żeby móc się z nimi zapoznać, ale kto zatrzyma się w pół drogi??!!

I tu czas na konia, absolutnie nie trojańskiego. Gdybym miała szukać przeciwieństwa konia trojańskiego, to byłby nim standard kompetencji zawodowych infobokera. "Koń jaki jest, każdy widzi", podsumował Benedykt Chmielowski, który odpowiadając na jakże istotne, w dobie czerwca ulewnego, pytanie Czy wszystkie zwierzęta były w korabiu Noego? uznał, że nad koniem pochylać się zbytnio nie warto. Wszak jaki jest, każdy widzi. A jak jest z infobrokerem?? Nijak. Z jednej strony, do tej pory były wątpliwości czy infobrokering w ogóle istnieje. Wniosek z tego, że infobroker koniem nie był, skoro nie każdy jakim jest widział. Problem polega na tym, że w niektórych fragmentach w konia się zamienia. Przykładowo, na stronie 7 "Krajowego standardu kompetencji zawodowych Broker informacji (researcher)(262204)" przeczytać można, że "sprawność narządów słuchu i wzroku umożliwia zdobywanie i weryfikowanie informacji" a także, że "ze względu na wielogodzinną pracę przy komputerze u infobrokera mogą wystąpić choroby zawodowe związane z pogorszeniem wzroku." Dodatkowo, "przeciwwskazaniem do wykonywania zawodu może być niepełnosprawność intelektualna". Apeluję, by ten stan zdefiniowano i dodano taką adnotację do standardu każdego opisywanego zawodu. Tu złośliwe preludium dobiega końca.

Jak wynika z części "synteza zawodu":
broker informacji (researcher) zajmuje się pozyskiwaniem, oceną, analizą i dostarczaniem różnego typu informacji na zlecenie.

Krótko, zwięźle i na temat, dobrze, dostaczenie, dwója siadaj, bo brakuje w  definicji stwierdzenia, że czynności te są wykonywane odpłatnie.

Za najważniejsze elementy standardu, pomocne także w rozwiązywaniu problemów natury prawnej, uważam przyjęcie, że:

  • dostarczanie przez infobrokera informacje muszą odnosić się do przedmiotu zlecenia i cechować się wysoką jakością;
  • dostarczane informacje muszą być poparte wiarygodnymi źródłami;
  • infobroker, wykonując zawód, kieruje się zasadami etyki zawodowej i korzysta z legalnych źródeł informacji;
  • za brokera informacji można uznać osobę, która wykonuje zadania odpowiadające kompetencjom researchera, ale jest zatrudniona na stanowisku nazwanymi inaczej, niż "broker informacji" czy "infobroker";
  • informacje dostarczane przez infobrokera mogą być poddawane dalszemu opracowywaniu;
  • efektem pracy infobrokera przedstawiane są w formie raportów, baz danych lub innych opracowań infobrokerskich;
  • infobroker może wykonywać zawód w ramach samozatrudnienia, umowy o pracę lub na podstawie innych umów (trochę stoi to w sprzeczności z poprzedzającym to wyliczenie stwierdzeniem, iż zawód infobrokera zalicza się do zawodów wolnych).

Opisano także typową ścieżkę kariery infobrokera oraz wyliczono cechy usposobienia, jakie są niezbędne do wykonywania tego zawodu. Polecam zatem zapoznanie się z tekstem źródłowym.

Na marginesie: czy Krajowy Standard Kompetencji Zawodowych jest dokumentem urzędowym a takie nie są chronione prawem autorskim?? Lekka schizofrenia, ponieważ w moim odczuciu jest, ze względu na organ, który patronuje projektowi oraz cele, jakie dokument ma spełniać. Tymczasem można na stronie drugiej przeczytać iż prawa autorskie należą do Centrum Zasobów Ludzkich i że kopiowanie i rozpowszechnianie może być dokonane za podaniem źródła. O tym ile znaczy zamieszczone na egzemplarzu © i że nic nie znaczy pisałam już wcześniej. Jak widać, nic się w tej materii nie zmieniło.

UWAGA: pomysł mam taki.  Na podstawie Krajowego Standardu Kompetencji Zawodowych dla zawodu Broker informacji (researcher)(262204) spróbuję stworzyć ramy prawne ułatwiające kwalifikację umowy z infobrokerem oraz zakres jego odpowiedzialności. Co prawda opisywany dokument nie jest źródłem prawa, ale biorąc pod uwagę, iż został przygotowany pod auspicjami ministerialnymi, może być punktem wyjścia dla rozwiązań przyjętych później w formie ustawy. Może będą to moje rozwiązania..??




poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Kodeks infobokera (I): "Jeśli ma być tanio i szybko, nie będzie dobrze, czyli informacje z CEIDG"

Wartościowa informacja to przede wszystkim prawdziwa informacja. Informacje zgromadzone w CEIDG są tak prawdziwe, jak często ludzie mówią prawdę. Ci, którzy widzą szklankę do połowy pustą, mogą zatem poprzestać na lekturze już tutaj. Pozostali niech chłepczą z pełnej połowy ile się da.

CEIDG to Centralna Ewidencja i Informacja o Działalności Gospodarczej. Została utworzona przede wszystkim po to, by ewidencjonować przedsiębiorców, będących osobami fizycznymi. Można w niej także znaleźć informację o tym, że dany przedsiębiorca prowadzi działalność gospodarczą w ramach umowy spółki cywilnej (oczywiście, jeśli taką informację poda). 

Teoria tu, czyli od art. 23-45 ustawy z dnia 2 lipca 2004 r. o swobodzie działalności gospodarczej (Dz. U. z 2004 r., Nr 173, poz. 1807 ze zm.) a praktyka tutaj, czyli na stronie internetowej, prowadzonej przez Ministerstwo Gospodarki. Ponieważ teorię weryfikuje zwykle praktyka, zacznę od tej drugiej.

Na podanej stronie znajduje się wyszukiwarka przedsiębiorców. Kryteria, wedle których można ich wyszukiwać, stanowią część informacji, udostępnianych przez CEIDG. Są wśród nich (w kolejności występowania okien wyszukiwarki):

  • NIP,
  • REGON,
  • NIP spółki cywilnej,
  • REGON spółki cywilnej,
  • numer KRS,
  • nazwa firmy,
  • imię,
  • nazwisko,
  • województwo,
  • powiat,
  • miejscowość,
  • gmina,
  • ulica,
  • numer nieruchomości,
  • numer lokalu,
  • rodzaj działalności,
  • data zakończenia działalności,
  • data rozpoczęcia działalności.
 
Z CEIDG uzyskamy także:

  • adres poczty elektronicznej,
  • adres strony internetowej,
  • adres głównego miejsca wykonywania działalności gospodarczej,
  • adresy dodatkowych miejsc wykonywania działalności gospodarczej,
  • informację o obywatelstwach przedsiębiorcy,
  • daty zawieszenia/wznowienia/zaprzestania działalności gospodarczej,
  • datę wykreślenia wpisu z rejestru,
  • przeważającą działalność gospodarczą,
  • wykonywaną działalność gospodarczą,
  • informację o wspólności majątkowej,
  • informację o zakazach wykonywania działalności gospodarczej,
  • informację dotyczące upadłości/postępowania naprawczego,
  • informację na temat pełnomocników przedsiębiorcy.

Szału nie ma, ale rozczarowania też być nie powinno. Skoro zbiór ten to ewidencja, nie może zawierać danych innych, niż ewidentne. Jeśli ktoś nie prowadzi szemranych interesów a po prostu działalność gospodarczą, sam będzie robił wszystko, żebyśmy większość z tych informacji posiadali. Może poza newsem o zakazie wykonywania określonej działalności gospodarczej, ale akurat ta informacja nie trafia zwykle do CEIDG z inicjatywy przedsiębiorcy. Jest ona zgłaszana przez Krajowy Rejestr Karny lub właściwy organ.

Teraz podział na szklankę do połowy pustą i do połowy pełną, patrząc przez pryzmat potrzeb infobrokera.

Do pustej połowy szklanki można zaliczyć:

► większość danych zgłaszanych do CEIDG można uzyskać z innych źródeł;

► prawdziwość i aktualność zgłaszanych informacji jest sprawdzana w zasadzie wyłącznie na poziomie technicznym. Jeżeli PESEL ma za mało cyfr albo nie przejdą one testu cyfry kontrolnej, nie da się go zamieścić w bazie. To samo dotyczy innych identyfikatorów, takich jak NIP, REGON, etc. Widać to szczególnie dobrze przy próbie złożenia wniosku przez Internet, za pomocą specjalnego formularza. Jeżeli wpisywane dane nie spełniają powyższych wymogów, system po prostu nie puszcza dalej. Organ administracji prowadzący CEIDG nie ma uprawnień, by weryfikować czy to co jest zgłaszane, ma pokrycie w rzeczywistości. Stąd uwaga, że informacje są tak prawdziwe, jak często ludzie mówią prawdę.

Zapanowanie nad aktualnością i prawdziwością niektórych danych, wydaje się być wręcz niemożliwe. Uwaga ta odnosi się chociażby do klasyfikowania własnej działalności, poprzez wskazanie odpowiednich kodów w ramach PKD. Po pierwsze, klasyfikacja ta jest tworzona dla celów statystycznych. Oznacza to, że ujęto w niej jedynie typowe działalności. Niektórzy przedsiębiorcy są zatem zmuszeni, by zgłosić w CEIDG nie to, czym się naprawdę zajmują, ale prawie to, czym się zajmują lub to, co najlepiej oddaje charakter ich działalności. Uwaga ta dotyczy także samych infobrokerów. O tym jak zawód ten jest ujęty w PKD i jak radzą sobie ci, którzy deklarują, iż zajmują się infobrokerstwem pisałam już wcześniej tu. Druga kwestia związana z PKD, to brak możliwości, nawet przyjmując paranoiczną wersję świata, w którym wszyscy nas śledzą, podsłuchują i nagrywają, sprawdzenia czy dana osoba rzeczywiście zajmuje się zgłoszoną działalnością albo czy przypadkiem nie prowadzi także innych. Gdyby było inaczej, urzędnik obsługujący CEIDG już nigdy nie pracowałby "za biurkiem".

Przepisy prawa stwarzają sytuacje, chociaż to akurat dobre!!, gdy czasami od razu wiadomo, że zgłoszone PKD, pozostaną jedynie w sferze marzeń biznesowych zgłaszającego. Otóż jeżeli wykonywanie danej działalności wymaga uzyskania koncesji lub innego zezwolenia, kolejność jest taka: najpierw wpis do CEIDG, potem można starać się o stosowną decyzję. Oznacza to, że nie każdy kto zgłasza, iż ma zamiar wykonywać daną działalność gospodarczą, faktycznie będzie mógł się nią zająć. Może zgłosi to do CEIDG, może nie zgłosi...;

► część danych zgłaszana jest fakultatywnie. Infobroker nie może zatem liczyć, iż wszystko co może być wpisane do CEIDG faktycznie się tam będzie znajdować;

► wyszukiwarka przedsiębiorców nie zawsze działa dobrze. Kilka razy wpisałam prawdziwe i aktualne dane, np. REGON spółki cywilnej, której wspólnikami są osoby fizyczne i okazało się, że baza wyników jest pusta. Może i jest, ale wiem, że nie powinna;

 ► może się zdarzyć, że nie tyle informacje o danym podmiocie nie znajdą się w CEIDG, ale że w ogóle sam przedsiębiorca nie jest w niej ujęty. Infobroker wpisuje imię i nazwisko delikwenta w wyszukiwarkę, a tu peszek. Danych brak. Zanim weszły w życie przepisy o CEIDG, osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą wpisywane były do ewidencji działalności gospodarczych, prowadzonych przez gminy. Gdy wprowadzono ewidencję na szczeblu centralnym, powstała konieczność przeniesienia dotychczasowych wpisów, czyli po prostu wstukania ich w nowy system. Niby dane te miały zostać przeniesione do końca roku 2011, jednak o tym, że pojedyncze peszki mogą się przytrafić, świadczy komunikat zamieszczony nad wyszukiwarką:  

"Uwaga ! Jeżeli nie ma Twojego wpisu w CEIDG, udaj się do Urzędu Gminy / Miasta, w którym rejestrowałeś firmę w celu aktualizacji danych"

 Za to w pełnej połowie szklanki...:

► korzystanie z CEIDG jest bezpłatne;
► ...i szybkie;
► a co jeżeli infobroker udostępni klientowi informację na podstawie CEIDG a ona okaże się być nieprawdziwa?? Załóżmy np. że Pan X szuka specjalistów na dane stanowisko i zleca sprawdzenie ich dotychczasowych doświadczeń zawodowych infobrokerowi. W CEIDG jest napisane, że kandydat od kilkunastu lat zajmuje się działalnością reklamową, jednak, jak potem wyjdzie na jaw, reklamował dotychczas wyłącznie sam siebie. Organ ewidencyjny nie ponosi odpowiedzialności za prawdziwość danych wpisywanych do CEIDG, ponieważ, jak już zostało to zdemaskowane, nie jest uprawniony do ich sprawdzania. Odpowiedzialność za ich prawdziwość spoczywa co prawda na przedsiębiorcy, którego wpis dotyczy, jednak w takim zakresie, że w ogóle infobrokerowi to w niczym nie pomoże. 
To jak w końcu?? Odpowiada ten infobroker za dostarczenie nieprawdziwej informacji w oparciu o CEIDG czy nie odpowiada?? Udzielę ulubionej odpowiedzi prawników: "to zależy". Nie chcę wypisać się z kolejnego tematu, zanim zacznę o nim pisać:), ale oceniając sytuację wyłącznie w odniesieniu do CEIDG uważam, że jeśli infobroker umawiając się z klientem zaznaczył, że będzie korzystał wyłącznie z tej ewidencji, to za nieprawdziwość danych nie odpowiada. Sorry Winnetou, taki mamy klimat, widziały gały co brały. CEIDG do baz danych CIA, CBŚ, CBA daleko. Między wierszami przeczytać zatem można, iż trzeba się poważnie zastanowić czy i w jakim zakresie infobroker powinien informować z jakich źródeł korzysta i do jakich granic może zwolnić się z odpowiedzialności za wyniki poszukiwań. I tu się chyba okaże, wątek mimo iż interesujący i wart opracowania to poboczny, że im więcej klient płaci, tym mniej infobroker może się tłumaczyć;
► dane zawarte w CEIDG nie mogą być usunięte, poza wyjątkowymi sytuacjami, a wykreślenie wpisu nie oznacza usunięcia danych. Oznacza to, że wszystkie zgłoszone przez przedsiębiorcę informacje są widoczne, nawet jeżeli ten zażądał ich wykreślenia. Zapewnia to przejrzystość ewidencji i możliwość zapoznania się z pełną "historią" prowadzonej działalności gospodarczej.

Podsumowanie

Korzystając z CEIDG należy pamiętać, iż są to dane ewidentne, udostępniane przede wszystkim ze względu na potrzeby sprawnego funkcjonowania państwa a nie funkcjonowania udostępniającego i, last not least, że jeśli ma być tanio i szybko, nie będzie dobrze. Może być jednak całkiem poprawnie.


czwartek, 30 stycznia 2014

Kodeks infobrokera (zdominowany przez pornografię. Lil' bit)

Uwaga!! Ostrzegam: mój blog nie jest profesjonalny, chociaż mam nadzieję, że mnie nie odbiera to statusu profesjonalisty (w sferze zawodowej zawsze używam opisując siebie męskiej formy rzeczowników. Gdy przechwalam się, że jestem profesjonalistką, nie ma to nic wspólnego ze stosowaniem lub interpretacją prawa). 

Otóż, podobno, a co tam, na pewno!!, gdyby mój blog był profesjonalny, NIGDY, nie powołałabym się na Wikipedię. Ryzykując reputację, jakość tekstu, no i zaprzepaszczając szansę na tytuł Najbardziej profesjonalnego bloga o prawnych aspektach infobrokeringu, zrobię to. Powołam się na Wikipedię. Szaleństwo -  przywilej młodości. Oczywiście to nie wyszło z mojej głowy, ta koncepcja Wikipedia, profesjonalizm a sprawa polska. Ja bym na to nie wpadła. Uważam, że każde narzędzie dobre, póki młotkiem nie próbuje się zjeść zupy. Poza tym chyba z Wikipedią jest trochę tak, jak z pornografią. Nikt nie ogląda, ale każdy ma w historii wyszukiwarki. 

Didaskalia się skończyły, czas zatem na dramat: wedle Wikipedii (to ten dramat) kodeks to:

akt normatywny zawierający logicznie usystematyzowany zbiór przepisów regulujących określoną dziedzinę stosunków społecznych.

W praktyce oznacza to, że kodyfikacja ułatwia życie. Jeżeli Kowalski potrzebuje dowiedzieć się czegoś z zakresu prawa cywilnego, zacznie od Kodeksu cywilnego. I jest duża szansa, że znajdzie tam to, czego szuka. Jak coś z karnego to Kodeks karny. Jak trzeba napisać pozew do sądu cywilnego to Kodeks postępowania tego właśnie. A co jak Kowalski postanowił zostać infobrokerem??  No to gorzej trochę. Ujęcie w jednym akcie prawnym, a takim jest kodeks, całej problematyki dotyczącej infobrokeringu, jest raczej niemożliwe. Kodeks taki byłby albo niekompletny i odsyłałby co chwilę do innych kodeksów, albo miałby 12340293847 artykułów. W obu przypadkach życia by nie ułatwiał. 

Infobroker powinien zainteresować się prawem w kilku płaszczyznach. Na przykład takich:

  • dostęp do informacji i jego ograniczenia;
  • umowa z klientem i odpowiedzialność za jej wykonanie;
  • dopuszczalny zakres korzystania z efektów cudzej pracy podczas poszukiwania informacji;
  • zakres ochrony efektów pracy infobrokera.

Są to zagadnienia z różnych gałęzi prawa i próba skodyfikowania ich w jednym akcie skończyłaby się stanem rzeczy wyżej nakreślonym. Ale, ale!! To, że kodeksu infobrokera nie będzie, nie oznacza, ze owe regulacje nie mogą się znaleźć w jednym miejscu. Mogą. Tutaj. Co jakiś czas będę wrzucać krótkie omówienie ustaw, które infobroker znać powinien. Często nie będzie to wcale takie oczywiste, bo ani w tytule ustawy, ani w jej treści nie padnie słowo informacja (o infobrokeringu nie wspomnę).

Jak napisałam, tak zrobię. Ostrzegam jednak, że może to być czysta amatorszczyzna :)
 


wtorek, 14 stycznia 2014

Ręka, noga, mózg na ścianie...jak się chroni mappowanie??

Czasami mam wrażenie, że wypowiadający się publicznie ludzie, dzielą się na dwie grupy: (1) znam się na wszystkim i (2) nie znam się, to się wypowiem.Próba podjęcia dyskusji w obu przypadkach ma równe, bo zerowe, szanse powodzenia.

Powyższą prawidłowość aktywizują zwykle takie tematy jak diagnozowanie chorób wszelakich, piłka nożna, podatki oraz wiele, wiele innych a wśród nich...własność intelektualna.

Podstawowym problemem, który uniemożliwia nawiązanie najcieńszej chociażby nici porozumienia jest to, że ludzie nie odróżniają ręki od nogi. Otóż jeżeli potrąci kogoś samochód w wyniku czego dojdzie do złamania nogi a w pozwie zażąda się odszkodowania za złamaną rękę, odszkodowanie nie zostanie przyznane. Nie dlatego, że sędzia nie widzi, że powód kuśtyka. Nie dlatego, że nie słyszy, że powód cierpi i nie dlatego, że nie wierzy, że to przez pozwanego. Sędzia jest jednak związany tym, o co go prosimy. Trzeba zatem wiedzieć o co pytać i gdzie jest ręka, a gdzie noga.

Wczytałam się ostatnio, na jednym z portali dla złotych ludzi pracy i sukcesu, w opinie i rady dla których punktem wyjścia jest następująca historia. Historia, która przerodziła się w spór, którego żadna ze stron nie używa prawidłowych argumentów, ale jedna ma rację. Ma on istotny związek z infobrokeringiem i metodami, wykorzystywanymi przez infobrokerów, którzy pytają czy mogą uzyskać ochronę na metodę prezentowania informacji. Po nitce do kłębka, po mapie do skarbu, dochodzę do sedna sprawy: mapy myśli. Chodzi zatem o odmieniane we wszelkich konfiguracjach mind map, mind maps i mind mapping.

Na początku był...mróz. Jednego z użytkowników wspomnianego portalu zmroziło, ponieważ otrzymał informację o opatentowaniu nazwy Mind Mapping dla rozwoju myśli i szkoleń. Mnie też zmroziło. Ręka, nie noga a patent na wynalazek to nie to samo, co prawo ochronne na znak towarowy. Zapewne o ten ostatni hibernatusowi chodziło. Ktoś może powiedzieć, że to czepianie się i co za różnica jak to między sobą papugi nazywają. Owszem, żadna, jak długo papugi i reszta świata nazywając rzeczy różnie, mają na myśli to samo.

W tym przypadku tak nie jest. Używanie nieprawidłowych pojęć jest konsekwencją, albo źródłem (??), niezrozumienia na czym polega dany typ ochrony. Po wymianie nieznajdujących w przepisie potwierdzenia poglądów na sprawę, ktoś doszedł w końcu do słusznego wniosku, że z metody korzystać można, tylko, jeżeli zastrzeżono nazwę, to trzeba się trochę wysilić i inaczej ową mapę nazwać. Następnie tenże ktoś dokonał samokrytyki, iż doczytał, że podmiot zastrzegający sobie prawo do nazwy zajmuje się szkoleniami dotyczącymi oprogramowania a to już opatentowane zostać może. Nie może.

Inni zastanawiali się dalej, jakie prawa autorskie do nazwy ma jegomość, który nazwę chce opatentować. Ja także doczytałam i okazuje się, że na kilka miesięcy przed rozpoczęciem powyższej dyskusji, głos w odrębnym wątku zabrał sam piętnowany autor (PA) pomysłu, by nazwy mind mapping i pokrewne inne zastrzec. Mimo iż inni dyskutanci przekonywali, że korzystają z mapowania myśli od ponad 20 lat, PA stwierdził, że to dzięki niemu po wpisaniu w google "mind mapping" cokolwiek po polsku wyskakuje. Że włożył dużo czasu, wysiłku twórczego i pieniędzy w sprowadzenie tej metody do Polski. W związku z powyższym, jeżeli ktoś ma ochotę z niej korzystać w celach zarobkowych, powinien coś PA odpalić. No cóż..jeśli PA chciał zarobić na sprowadzaniu czegoś do Polski, powinien sprowadzać samochody lub piłkarzy. Z Niemiec.

Rozstrzygając spór zaistniały pomiędzy PA i resztą świata, ustalając kto ma rację i odpowiadając infobrokerom co mogą chronić w związku z prezentacją informacji w ramach mapy myśli, przedstawiam mapiątko. Proste, wykonane szybko i wyłącznie celem przykładu. Proszę nie pisać, że mało obrazków, że małe litery etc. Wiem.



Skąd wiem, że to mapa myśli?? Jedyne, co nie podlegało w dyskusji dyskusji to fakt, że najbardziej znanym propagatorem i popularyzatorem tejże metody jest Tony Buzan. Odwołam się zatem do sformułowanej przez niego definicji:
"Mapy myśli są systemem przechowywania, organizacji i hierarchizacji danych (zwykle na papierze) przy użyciu słów- i obrazów-kluczy, z których każdy będzie pobudzał określone zasoby twojej pamięci oraz stymulował nowe myśli i spostrzeżenia." (T. Buzan, Mapy myśli, Łódź 2008, przekład D. Rossowski, s. 12)
Innymi słowy, mapa myśli to pewien sposób prezentowania informacji, który może służyć różnym celom. Jak przekonuje Tony Buzan:

"Mapy myśli pozwalają wiernie zaplanować każdy aspekt swego życia. Ponadto są instrumentem komunikacji, rozwiązywania problemów, wizjonerskiego planowania, nauczania, powtórek materiału, zarządzania czasem, odświeżania pamięci. Same w sobie mogą stanowić też kreacje artystyczne [wyróżnienie moje]." (T. Buzan, op. cit., s. 6).
Moje mapiątko obrazuje zestaw skojarzeń ze zwrotem "infobrokering i prawo". Trzy główne myśli to poszukiwanie (w domyśle informacji), przetwarzanie (w domyśle informacji) oraz efekty (w domyśle pracy). Wszystkie trzy zagadnienia mają swoje uwarunkowania prawne o których pisuję (w domyśle na blogu i nie na blogu). Mogłam niektóre słowa zastąpić obrazkiem bądź symbolem, co, jak twierdzą fani metody, pobudziłoby mój mózg do dalszej pracy.

Wnioski:

1) sama metoda prezentacji jaką jest mapa myśli, nie podlega ochronie w ramach prawa autorskiego. Prawo to chroni sam sposób wyrażenia a nie idee czy metody działania (zob. art. 1 ust. 2 ze zn.1 PrAut);
2) skoro prawo autorskie chroni sposób wyrażenia a jak już cytowałam powyżej, konkretna mapa myśli może stanowić wręcz kreację artystyczną, ochronie podlega konkretna mapa. Tak, jak chronione są obrazki. Można zatem rozpisać pojęcie "infobrokering i prawo" na czynniki pierwsze, ale jeśli ktoś ma ochotę korzystać z mojego mapiątka poza granicami dozwolonego użytku, powinien zapytać mnie o zgodę;
3) koncepcja ta nie może być chroniona patentem. Patent to prawo wyłączne udzielane na wynalazki. Za wynalazki nie uznaje się planów, zasad i metod dotyczących działalności umysłowej ani przedstawienia informacji (zob. art. 28 okt 3 i 6 PrWłPrzem);
4) sformułowanie "mapa myśli" nie jest zastrzeżone jako znak towarowy, chroniony na terytorium Polski. Gdyby nawet ktoś próbował uzyskać na nie prawo wyłączne w zakresie różnych psycho i szkoleniowych aktywności, uważam za wysoce prawdopodobne iż Urząd Patentowy uznałby to określenie za nieposiadające zdolności odróżniającej, ze względu na to, iż weszło do języka potocznego. Dziś, gdy mówimy "mapa myśli", raczej nie kojarzymy tego oznaczenia z żadnym konkretnym przedsiębiorstwem, nie każdy korzystający z tego rozwiązania wie, kto je pierwszy spopularyzował. Organizacja nosząca w nazwie nazwisko Buzana, zarejestrowała kilka znaków towarowych o skuteczności w różnych państwach. Jednym z nich jest MIND MAPS, zastrzeżony jako krajowy znak towarowy w UK.

PA nie udało się ostatecznie zastrzec żadnej nazwy. Próbował chronić, lub jak określali to wspomniani wyżej dyskutanci-zagarnąć bezprawnie dla siebie, szereg słownych znaków towarowych. Były wśród nich: MindMapper, Mind Mapper, Mind Mapping, mindmapping, mapy myśli. Oznaczenia miały być zastrzeżone dla takich towarów/usług jak szkolenia, oprogramowania komputerowe i psychotechnika. Polski Urząd Patentowy reagował na powyższe zgłoszenia na jeden z dwóch sposobów: decyzją odmowną albo decyzją o umorzeniu postępowania z powodu braku odpowiedzi na postanowienie.

Podsumowując, problem przedstawia się następująco:





wtorek, 7 stycznia 2014

Nihil novi

Nihil. No może poza rokiem. W przeciwieństwie do dominujących trendów, nie ogłaszam niczego nowego. Wręcz przeciwnie!! Będzie po staremu, nawet bardzo, biorąc pod uwagę datę ostatniego posta. Nic nie szkodzi. Bolesne bywają przecież rozstania, nie powroty.

piątek, 21 czerwca 2013

www.: weni, widi, wiczi...?

Skoro design jest dizajnem, businessman biznesmenem a wywiad udzielony wyłącznie jednej stacji to wywiad ekskluzywny, spolszczona wersja słów Cezara i tak wydaje się być mało ordynarna. 

Na czym polega "weni" i "widi" w przypadku stron internetowych wie dzisiaj każde dziecko, ale co bawet bardziej podkreśla powszechność zjawiska, niejedna babcia! A "wiczi" ??!! Siedzi sobie infobroker w stadium larwalnym przed komputerem i dobrze wie, że by przekształcić się w motyla a potem orła biznesu, ewolucja płata figle, potrzebna mu jest dobra strona internetowa. No to siedzi i weni, i widi...i wiczi! Podbija cudzą stronę internetową, niczym Juliusz Cezar Farnakesa, i bierze w niewolę teksty, układ strony i kolorki,  t(j)uningując je nieznacznie przed wystawieniem na widok publiczny. Czy metoda "na Juliusza" jest legalna? Od razu zaznaczam, że nawiązuję wyłacznie do aspektu "widi" a nie pracy programisty, dzięki któremu jest możliwe "weni" i inne aspekty związane z funkcjonowaniem strony internetowej.

Aby rozstrzygnąć powyższy dylemat, trzeba wiedzieć czy infobroker planując wygląd strony internetowej i pracując nad jej treścią, tworzy dzieło? Oczywiście, że każdy powie, że tak. Nawet arcy! Pytanie tylko czy jest to dzieło w rozumieniu prawa autorskiego.

Zgodnie z artykułem 1 ust. 1 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych,

przedmiotem prawa autorskiego jest każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia (utwór).

Trzeba zatem ustalić:

(1) czy to, co widzimy jako stronę internetową jest przejawem działalności twórczej?
(2) czy to ma indywidualny charakter?
(3) czy to jest ustalone w jakiejkolwiek postaci?
(4) last not least: czy to jest wynikiem działalności człowieka?

Powyższe cztery kroki są o tyle istotne, że takie właśnie pytania należy sobie zadać we wszystkich przypadkach, kiedy trzeba rozstrzygnąć czy coś jest chronione przez prawo autorskie, czy nie jest. Warto więc je zapamiętać.

Ponad tymi czterema pytaniami jest jedno superpytanie: czy wiem o jakie "to" mi chodzi?! W przypadku strony internetowej mogę wyróżnić kilka "totów". Czym innym jest portal, rozumiany jako zintegrowany system informacyjny, dostępny użytkownikom za pomocą internetu i w jego ramach decyzja o rozmieszczeniu jego poszczególnych elementów, czym innym jest szata graficzna portalu a za kolejne "to" można uznać teksty zamieszczane na portalu. Chcąc w miarę kompleksowo odpowiedzieć na pytanie czy metoda "na Juliusza" jest dozwolonym działaniem, będę się odnosić do wszystkich "totów" na raz.

Ścieżkę do zwycięstwa, pozostając w kręgu juliuszocezarowskich skojarzeń, zacznę od końca.

(4) To czy działalność, którą oceniamy pod kątem bycia chronionym utworem jest efektem pracy człowieka, jest wbrew pozorom istotne a może nie być oczywiste. Wystarczy sobie wyobrazić sytuację, w której po ulewie zostaje na ścianie czyjegoś domu święty zaciek o kształcie, zdaniem niektórych, Jezusa Chrystusa. Cała wieś podbiega i robi sobie telefonem czy tam aparatem swoje własne, święte obrazki. Właściciel domu twierdzi, że ma prawa autorskie do dzieła, które ukazało się na jego ścianie. Nie ma. Ma prawo do prywatności, dzięki któremu może pozbyć się gapiów spod swojego okna. Praw autorskich nie ma ani ściana, ani jej właściciel.

Poniekąd można powiedzieć, że strony internetowej też człowiek nie robi, bo robi ją maszyna. Owszem, ale ona służy w powyższym przypadku za narzędzie, które umożliwia korzystanie z danej formy wyrazu. Zrobi tyle, o ile zostanie poproszona (poza licznymi przypadkami złośliwości przedmiotów martwych). To też istotne, na ile działania owej maszyny są wynikiem standardowego programu a ile w nich istotnych wskazówek twórczych użytkownika.

 (3) Ustalony to nie to samo, co utrwalony. Oznacza to, że prawo autorskie wcale nie wymaga, by efekt działalności twórczej był zapisany na jakimś nośniku. Nie mówiąc już o obowiązku rejestracji utworu. Wystarczy, że pomysł jaki mamy w głowie, on sam chroniony nie jest, zostanie z niej wydobyty i wyrażony w dowolnej formie. To już wystarczy by uznać, że utwór został ustalony. A form jest wiele. Słowo, litera, obraz, dźwięk, kształt i wszystko inne, jeśli tylko nadaje się do wyrażenia twórczej działalności. Każda z wymienionych, no może poza kształtem, może posłużyć jako forma wyrażenia dla utworów, które budują stronę internetową.

(2) i (1). W zasadzie dobrze jest działalność twórczą zestawiać od razu z indywidualnym charakterem, bo to oszczędzi trochę. Co mi po twórczości, która nie jest indywidualna? Żeby nie czynić ogólnych i teoretycznych wywodów, od razu skupię się na przykładach, które każdy na stronie internetowej "widi".

W orzecznictwie, ubogim, skąpym i do policzenia niemalże na palcach Twixa, uznano, że portal internetowy i jego szata graficzna mogą być uznane za utwór, jeśli spełniają wymienione powyżej warunki. Co zatem podlega a co nie podlega ochronie? Od razu zaznaczam, że poniższe ustalenia mają charakter wyłącznie informacyjny, ponieważ każdy przypadek należy oceniać odzielnie.

Układ strony

Dzisiaj chyba nikt nie twierdzi, że zamieszczenie na stronie zakładek (o nas, u nas, z nami, cena, kontakt i inne), to efekt twórczości, który należy chronić prawem autorskim. Zatem sam sposób prezentowania treści w ten sposób, poprzez podzielenie jej na działy, ochronie prawnoautorskiej nie podlega.

Teraz można się zastanowić czy kryteria wedle jakich tę treść grupuję nie mogłyby podlegać ochronie. Mogłyby, ale musiałyby być tak oryginalnie dobrane, że nie bardzo jestem w stanie podać jakiś przykład. Planując stronę dla działalności infobrokerskiej można spodziewać się, że pojawi się na niej dział poświęcony ogólnemu opisowi przedsiębiorcy, typom świadczonych usług, może prezentacji kompetencji zespołu, cennik, w którym będzie wszystko poza konkretną ceną, i kontakt. To taki standard. Niektórzy dodają także "bazę wiedzy", opisując tam podstawowe zagadnienia związane z infobrokeringiem, czasem zresztą dla własnego komfortu, żeby klient nie spodziewał się niemożliwego. Może się także znaleźć odesłanie do pożytecznych zasobów poprzez zamieszczenie linków, na jednej ze stron znalazłam zakładki takie jak "prezenty wirtualne" czy "konto-bank" co oczywiście jest twórcze w porównaniu z "cennik", ale obawiam się, że dla sędziego to za mało, by przyznał temu ochronę autorskoprawną.

Nikogo też już dzisiaj nie dziwi, że pod kategoriami, na pasku, pojawiają się zmieniające się zdjęcia. To też sposób  prezentacji treści. Albo że w dole ekranu pojawia się kalendarz, albo formularz kontaktowy, albo że gadają do nas awatary. Nie ma przeszkód by wymyślić takie "albo" które na tym tle będzie super twórcze i indywidualne. Na pewno jest to wyzwanie!

Podsumowując, układ strony w powyższym rozumieniu jest w większości dyktowany charakterem świadczonych usług i pewnym zwyczajem. Z jakichś względów zakładki są po bokach strony i na górze a nie na dole.

Dodatkowo należy zwrócić uwagę, że jest obecnie wiele możliwości tworzenia stron internetowych z pomocą szablonu. To osłabia lub wręcz wyklucza ochronę prawnoautorską, ponieważ wybór z przedstawionych rozwiązań eliminuje skutecznie aspekt indywidualnej twórczości.

Grafika strony

Ta kwestia jest stosunkowo prosta. Na grafikę można patrzeć jak na obrazek i nie trzeba tworzyć tu specjalnych zasad dla przestrzeni wirtualnej. Twórczy i indywidualny charakter sędzia ocenia zwykle "na oko",  co akurat w przypadku grafiki złym rozwiązaniem nie jest. Często, panie zrozumieją o co chodzi, ważne dla właściciela strony mogą być kolory. Na przykład  jeden z projektów, w którym mam przyjemność brać udział, jest fioletowopopielaty z naciskiem na fioletowy. I bardzo się czuję do tych kolorów przywiązana, ale jak się okazuje, nie ja jedna. Dobrze wyglądają razem, są eleganckie i mają tysiące odcieni (to zrozumieją tylko panie). Uwalniali orkę, uwolnić trzeba też kolory, chyba że ktoś zrobi stronę tak łudząco podobną do naszej, że klient zwyczajnie może się pomylić. Wtedy, jeśli z punktu widzenia prawa autorskiego to za mało, można sięgnąć do przepisów ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji. Trzeba jednak brać wtedy pod uwagę całokształt.

Teksty na stronie

Ehh...teraz prawda, która mnie autentycznie boli prawie tak bardzo jak osobę, która mnie skłoniła do tego postu. Prawo autorskie nie służy temu, żeby monopolizować język polski. Prawo autorskie nie chroni pomysłu, koncepcji, ale środki wyrazu.

Przykład z życia wzięty, nie ten tylko inny oczywiście w naturze występował. Przedstawiam Państwu dwie postaci: Infobroker A z polotem i ambicją; Infobroker B i na tym prezentację jego sylwetki zakończę.

Infobroker A prezentuje swoje usługi na stronie i pisze, że, przykładowo:

► dla doktoranta prawa dokonaliśmy analizy dostępności materiałów o zdatności arbitrażowej sporów dotyczących patentu w języku polskim.

Infobroker B pisze, też przykładowo, ale nie!przypadkowo:

► dla magistra ochrony środowiska sprawdziliśmy bibliografię w języku polskim

...i mógłby to być przypadek, ale ciągle chodzą mi głowie słowa Szymborskiej "przepraszam przypadek, że nazywam go koniecznością", bo w zasadzie każe od kropki, jest kropka w kropkę na zasadzie powyższej. Wiem, że boli, ale uważam, że sąd nie dopatrzy się w takim przypadku naruszenia prawa autorskiego, bo w ogóle wątpliwe czy prawo to służy takim krótkim wypowiedziom. To jest niefajne, to jest nieuczciwe, ale obawiam się, że w formie takiej jak podana, dozwolone. Oczywiście, dla chcącego nic trudnego, można próbować twierdzić, że to czyn nieuczciwej konkurencji, że niezgodny z dobrymi obyczajami, ale będzie z tego więcej kosztów niż pożytku. Pisząc doktorat mam natomiast obsesję z cudzysłowem i przypisami, jakby każde słowo było chronione prawem autorskim, ale to bardziej ze względu na rzetelność naukową i brak świadomości, kto będzie ów doktorat recenzował. Ego nie ma granic i nie mam zamiaru niczyjemu ego tłumaczyć, że idea objęta ochroną nie jest. Wolę zacytować.

Podsumowując: takie "inspiracje" trzeba zwalczać metodami innymi niż pozew o naruszenie prawa autorskiego [do niczego nie nawołuję - przyp. autorki].

To wcale nie oznacza, że zawartość strony internetowej nie może być chroniona prawem autorskim. Akurat w tych przypadkach, które opisałam, słabo to widzę.  

Czy ktoś ma dla mnie jakieś inne przypadki??!!


niedziela, 9 czerwca 2013

Cichosza! i problemy z byłymi

Know-how część II. 

Jestem z Krakowa, od zawsze, i nie mogę nie kochać Grzegorza Turnaua a zwłaszcza jego twórczości. Zwykle mówienie o tym, co autor miał na myśli, ma niewiele wspólnego z jego zamysłem, ale w końcu jestem z Krakowa. Oznacza to, że jestem skąpa i przemądrzała. Jak zaczyna się Cichosza (słowa G. Turanu i M. Zabłocki)? Tak:
"Po cichu
po wielkiemu cichu
idu sobie ku miastu na zwiadu
idu i patrzu (...)"
I tak właśnie, po cichu, w kierunku każdego infobrokera, może sobie iść na zwiady konkurent. Być może na razie, dopóki zawód ten nie jest jeszcze silnie reprezentowany i pewnie wielu z infobrokerów pracuje w pojedynkę, ryzyko wypłynięcia informacji nie jest wielkie. Sami infobrokerzy wiedzą pewnie najlepiej, że im mniej osób i pośredników jest dopuszczonych do informacji, tym trudniej ją zdobyć. Infobrokerzy wiedzą też dobrze, że najsłabszym ogniwem w utrzymaniu tajemnicy jest...człowiek. Inwestycja w zabezpieczenia techniczne nie uchroniła jeszcze nikogo przed za długim językiem. Kary z Kodeksu Hammurabiego są mało eleganckie. Polecam zatem opracowanie strategii ochrony know-how w oparciu o Ustawę o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji.

W ostatnim poście stworzyłam definicję know-how, przez które rozumiem takie dobra niematerialne, które z jakichś względów nie są przez przedsiębiorcę chronione przy kosztownej współpracy z Urzędem Patentowym albo po prostu nie spełniają wymogów ustawowych, by taką współpracę nawiązać. Spełniają jednak taki wymóg, że są dla infobrokera ważne i ma wrażenie, że to dzięki nim ma przewagę nad konkurencją.

Tajemnicą przedsiębiorstwa, zgodnie z art. 11 Ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, mogą być informacje techniczne, technologiczne, organizacyjne lub inne, posiadające wartość gospodarczą. Tutaj jest miejsca na ochronę wszelkich metod biznesowych; sposobów na sprawne wyszukiwanie informacji; kolejności wykonywanych czynności przy wyszukiwaniu informacji, dzięki której oszczędza się czas i pieniądze; metod nawiązywania kontaktów biznesowych i wielu innych wypracowanych przez infobrokera pomocnych, nienamacalnych narzędzi, które nie są objęte ochroną prawnoautorską ani patentową. 

Informacje te, żeby objęła je ochrona z ustawy, muszą mieć wartość ekonomiczną. Przyjmuje się, że oznacza to, iż ich wykorzystanie może zwiększyć zyski lub zaoszczędzić wydatki innego przedsiębiorcy.

Po drugie to, co chcemy chronić tajemnicą przedsiębiorstwa, nie może być podane do wiadomości publicznej. Tajemnica przedsiębiorstwa nie obejmuje zatem tzw. znanego know-how. Jeżeli mamy zlecenie, dotyczące wyszukania artykułów na dany temat i korzystamy z wyszukiwarki Google Scholar, nie liczmy, że uda się nam ten sposób działania chronić przed, uczciwą lub nieuczciwą, konkurencją. W orzecznictwie utrwaliło się, że tajemnica przedsiębiorstwa nie może obejmować informacji, które mogą być legalnie i w zwykłej formie zdobyte przez zainteresowanego. Należy także zwrócić uwagę, na cienką granicę pomiędzy specjalistyczną wiedzą a tajemnicą przedsiębiorstwa. Dowodzenie co jest czym może być bardzo kosztowne, jednak warto zwrócić uwagę, pojęcia te nie do końca się pokrywają. Decydujące, dla otrzymania ochrony, będzie to czy ta wiedza, mimo że jest bardzo specjalistyczna, jest powszechnie dostępna.

Ile osób może wiedzieć o tajemnicy, żeby jeszcze była tajemnicą? Ustalenie tego jest ważne, bo, np. dla większości kobiet, gdy mąż mówi coś w tajemnicy, to jest to oczywiste, że dowiedzą się trzy przyjaciółki, mama i kilka koleżanek z pracy. Sąd wypowiedział się już na ten temat, stwierdzając, że nie ustaje stan tajemnicy, jeżeli wie o niej ograniczone grono osób, zobowiązane do dyskrecji. W tej grupie mogą znaleźć się zarówno pracownicy jak i kontrahenci danego przedsiębiorcy.

Bardzo ważne! Przedsiębiorca musi podjąć działania, zmierzające do ochrony tajemnicy. Stąd wymóg, że aby ją utrzymać, konieczne jest zobowiązanie innych osób do dyskrecji. Nie można niczego przyjmować za oczywiste. Nie jest mądre pukanie się po głowie, zaraz po tym, jak "zdebilniały pracownik coś wypapla a przecież to tajemnica." Alokacja debilizmu w powyższym przypadku nastąpiła zdecydowanie gdzie indziej. Należy dawać wyraźnie do zrozumienia wszystkim, którzy mają do tajemnicy dostęp, że jest ona tajemnicą i że należy ją chronić. Ważne też, by podpisywać stosowne dokumenty z pracownikami i kontrahentami. W polskiej rzeczywistości, w której intercyza przed ślubem jest traktowana niemalże jak żądanie rozwodu, praktyka ta przez niektórych jest postrzegana jako brak zaufania. Jak mawia moja ulubiona serialowa bohaterka: "Trust but verify". Nic nie stoi na przeszkodzie, aby do dyskrecji zobowiązały się obie strony, co być może załagodzi atmosferę. Papier jest ważny dlatego, że w sądzie trzeba będzie wykazać, że podjęło się kroki, zmierzające do zabezpieczenia tajemnicy. Tajemnicę przedsiębiorstwa może także naruszyć osoba, która posiadła informację przypadkowo. Nie chodzi zatem o to, że z każdym muszę zawierać umowę o obowiązku poufności. Jest to jednak dobre rozwiązanie w kręgu osób, z którymi stale współpracuję.

A co jeśli ktoś udostępni informację infobrokerowi, zapewniając, że jest z pewnego i legalnego źródła a okaże się, że stanowi ona tajemnicę przedsiębiorcy? Ustawa o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji zadbała o takie przypadki. Jeżeli dostarczenie informacji odbyło się za wynagrodzeniem a nabywający infobroker był w dobrej wierze, ta sytuacja nie będzie stanowiła naruszenia tajemnicy przedsiębiorstwa. I tu, prawie, same dobre wiadomości! W dobrej wierze w Polsce nie pozostają wyłącznie katolicy! Dobra wiara polega na tym, że w danych okolicznościach było usprawiedliwione przekonanie, że postępuje się zgodnie z prawem. W naszym przypadku, że informacja jest zdobyta legalnie. Druga dobra informacja jest taka, że to, że było inaczej, musi wykazać osoba czyniąca nam zarzut. Teraz zła wiadomość. Mimo, że korzystanie z takiej informacji nie będzie traktowane jak naruszenie tajemnicy przedsiębiorstwa, sąd może nakazać zapłacenie stosownego wynagrodzenia za korzystanie z informacji...
 

A na koniec kłopoty z eks. Pewnie większość pracodawców powie, że traktują pracownika jak syna. Pracownicy dodadzą, że owszem, ale takiego z nieślubnego małżeństwa, który po kilkunastu latach zjawia się po alimenty. Niezależnie od tego jak Wy traktujecie swoich pracowników, prędzej czy później nadejdzie dzień, w którym zmienią oni pracę. Co wówczas z tajemnicą przedsiębiorstwa. Czy możesz spać spokojnie czy też musisz śledzić poczynania konkurenta, dla którego pracuje teraz Twój eks? Z Ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji wynika, że pracownik, niezależnie od tego czy pracował na podstawie umowy o pracę czy też zawarłeś z nim inną umowę, na przykład o dzieło,  ma obowiązek utrzymywania tajemnicy przedsiębiorstwa przez trzy lata od ustania stosunku pracy. Okres ten można skrócić lub wydłużyć umownie. Istotne jest to, że nawet jeżeli zapomniałeś wpisać takie sformułowanie do wiążącej Was umowy, reguła ta i tak obowiązuje. Były pracownik jest zwolniony z utrzymywania stanu tajemnicy po upływie okresu wspomnianego w umie lub trzech lat, jeżeli umowy w tym zakresie nie było, ale także po ustaniu stanu tajemnicy. Uwaga! Sądy orzekły, że samo wykorzystanie przez pracownika doświadczenia i umiejętności, zdobytych u byłego pracodawcy, nie stanowi jeszcze naruszenia tajemnicy przedsiębiorstwa. Jeżeli chcesz się ustrzec przed powyższym, konieczny jest umowny zakaz konkurencji przez ograniczony czas id zakończenia stosunku pracy. Weź jednak pod uwagę, że należy zapewnić byłemu pracownikowi przez ten okres środki do życia. Podsumowując, korzystanie przez pracownika z doświadczenia, które zdobył pracując u Ciebie, na rzecz Twojego konkurenta nie stanowi jeszcze naruszenia tajemnicy przedsiębiorstwa.

Wniosek z powyższego taki, że zdrowie jest ważne w każdej dziedzinie życia. Także i w przypadku ochrony know-how, lepiej zapobiegać, niż leczyć!