czwartek, 30 stycznia 2014

Kodeks infobrokera (zdominowany przez pornografię. Lil' bit)

Uwaga!! Ostrzegam: mój blog nie jest profesjonalny, chociaż mam nadzieję, że mnie nie odbiera to statusu profesjonalisty (w sferze zawodowej zawsze używam opisując siebie męskiej formy rzeczowników. Gdy przechwalam się, że jestem profesjonalistką, nie ma to nic wspólnego ze stosowaniem lub interpretacją prawa). 

Otóż, podobno, a co tam, na pewno!!, gdyby mój blog był profesjonalny, NIGDY, nie powołałabym się na Wikipedię. Ryzykując reputację, jakość tekstu, no i zaprzepaszczając szansę na tytuł Najbardziej profesjonalnego bloga o prawnych aspektach infobrokeringu, zrobię to. Powołam się na Wikipedię. Szaleństwo -  przywilej młodości. Oczywiście to nie wyszło z mojej głowy, ta koncepcja Wikipedia, profesjonalizm a sprawa polska. Ja bym na to nie wpadła. Uważam, że każde narzędzie dobre, póki młotkiem nie próbuje się zjeść zupy. Poza tym chyba z Wikipedią jest trochę tak, jak z pornografią. Nikt nie ogląda, ale każdy ma w historii wyszukiwarki. 

Didaskalia się skończyły, czas zatem na dramat: wedle Wikipedii (to ten dramat) kodeks to:

akt normatywny zawierający logicznie usystematyzowany zbiór przepisów regulujących określoną dziedzinę stosunków społecznych.

W praktyce oznacza to, że kodyfikacja ułatwia życie. Jeżeli Kowalski potrzebuje dowiedzieć się czegoś z zakresu prawa cywilnego, zacznie od Kodeksu cywilnego. I jest duża szansa, że znajdzie tam to, czego szuka. Jak coś z karnego to Kodeks karny. Jak trzeba napisać pozew do sądu cywilnego to Kodeks postępowania tego właśnie. A co jak Kowalski postanowił zostać infobrokerem??  No to gorzej trochę. Ujęcie w jednym akcie prawnym, a takim jest kodeks, całej problematyki dotyczącej infobrokeringu, jest raczej niemożliwe. Kodeks taki byłby albo niekompletny i odsyłałby co chwilę do innych kodeksów, albo miałby 12340293847 artykułów. W obu przypadkach życia by nie ułatwiał. 

Infobroker powinien zainteresować się prawem w kilku płaszczyznach. Na przykład takich:

  • dostęp do informacji i jego ograniczenia;
  • umowa z klientem i odpowiedzialność za jej wykonanie;
  • dopuszczalny zakres korzystania z efektów cudzej pracy podczas poszukiwania informacji;
  • zakres ochrony efektów pracy infobrokera.

Są to zagadnienia z różnych gałęzi prawa i próba skodyfikowania ich w jednym akcie skończyłaby się stanem rzeczy wyżej nakreślonym. Ale, ale!! To, że kodeksu infobrokera nie będzie, nie oznacza, ze owe regulacje nie mogą się znaleźć w jednym miejscu. Mogą. Tutaj. Co jakiś czas będę wrzucać krótkie omówienie ustaw, które infobroker znać powinien. Często nie będzie to wcale takie oczywiste, bo ani w tytule ustawy, ani w jej treści nie padnie słowo informacja (o infobrokeringu nie wspomnę).

Jak napisałam, tak zrobię. Ostrzegam jednak, że może to być czysta amatorszczyzna :)
 


wtorek, 14 stycznia 2014

Ręka, noga, mózg na ścianie...jak się chroni mappowanie??

Czasami mam wrażenie, że wypowiadający się publicznie ludzie, dzielą się na dwie grupy: (1) znam się na wszystkim i (2) nie znam się, to się wypowiem.Próba podjęcia dyskusji w obu przypadkach ma równe, bo zerowe, szanse powodzenia.

Powyższą prawidłowość aktywizują zwykle takie tematy jak diagnozowanie chorób wszelakich, piłka nożna, podatki oraz wiele, wiele innych a wśród nich...własność intelektualna.

Podstawowym problemem, który uniemożliwia nawiązanie najcieńszej chociażby nici porozumienia jest to, że ludzie nie odróżniają ręki od nogi. Otóż jeżeli potrąci kogoś samochód w wyniku czego dojdzie do złamania nogi a w pozwie zażąda się odszkodowania za złamaną rękę, odszkodowanie nie zostanie przyznane. Nie dlatego, że sędzia nie widzi, że powód kuśtyka. Nie dlatego, że nie słyszy, że powód cierpi i nie dlatego, że nie wierzy, że to przez pozwanego. Sędzia jest jednak związany tym, o co go prosimy. Trzeba zatem wiedzieć o co pytać i gdzie jest ręka, a gdzie noga.

Wczytałam się ostatnio, na jednym z portali dla złotych ludzi pracy i sukcesu, w opinie i rady dla których punktem wyjścia jest następująca historia. Historia, która przerodziła się w spór, którego żadna ze stron nie używa prawidłowych argumentów, ale jedna ma rację. Ma on istotny związek z infobrokeringiem i metodami, wykorzystywanymi przez infobrokerów, którzy pytają czy mogą uzyskać ochronę na metodę prezentowania informacji. Po nitce do kłębka, po mapie do skarbu, dochodzę do sedna sprawy: mapy myśli. Chodzi zatem o odmieniane we wszelkich konfiguracjach mind map, mind maps i mind mapping.

Na początku był...mróz. Jednego z użytkowników wspomnianego portalu zmroziło, ponieważ otrzymał informację o opatentowaniu nazwy Mind Mapping dla rozwoju myśli i szkoleń. Mnie też zmroziło. Ręka, nie noga a patent na wynalazek to nie to samo, co prawo ochronne na znak towarowy. Zapewne o ten ostatni hibernatusowi chodziło. Ktoś może powiedzieć, że to czepianie się i co za różnica jak to między sobą papugi nazywają. Owszem, żadna, jak długo papugi i reszta świata nazywając rzeczy różnie, mają na myśli to samo.

W tym przypadku tak nie jest. Używanie nieprawidłowych pojęć jest konsekwencją, albo źródłem (??), niezrozumienia na czym polega dany typ ochrony. Po wymianie nieznajdujących w przepisie potwierdzenia poglądów na sprawę, ktoś doszedł w końcu do słusznego wniosku, że z metody korzystać można, tylko, jeżeli zastrzeżono nazwę, to trzeba się trochę wysilić i inaczej ową mapę nazwać. Następnie tenże ktoś dokonał samokrytyki, iż doczytał, że podmiot zastrzegający sobie prawo do nazwy zajmuje się szkoleniami dotyczącymi oprogramowania a to już opatentowane zostać może. Nie może.

Inni zastanawiali się dalej, jakie prawa autorskie do nazwy ma jegomość, który nazwę chce opatentować. Ja także doczytałam i okazuje się, że na kilka miesięcy przed rozpoczęciem powyższej dyskusji, głos w odrębnym wątku zabrał sam piętnowany autor (PA) pomysłu, by nazwy mind mapping i pokrewne inne zastrzec. Mimo iż inni dyskutanci przekonywali, że korzystają z mapowania myśli od ponad 20 lat, PA stwierdził, że to dzięki niemu po wpisaniu w google "mind mapping" cokolwiek po polsku wyskakuje. Że włożył dużo czasu, wysiłku twórczego i pieniędzy w sprowadzenie tej metody do Polski. W związku z powyższym, jeżeli ktoś ma ochotę z niej korzystać w celach zarobkowych, powinien coś PA odpalić. No cóż..jeśli PA chciał zarobić na sprowadzaniu czegoś do Polski, powinien sprowadzać samochody lub piłkarzy. Z Niemiec.

Rozstrzygając spór zaistniały pomiędzy PA i resztą świata, ustalając kto ma rację i odpowiadając infobrokerom co mogą chronić w związku z prezentacją informacji w ramach mapy myśli, przedstawiam mapiątko. Proste, wykonane szybko i wyłącznie celem przykładu. Proszę nie pisać, że mało obrazków, że małe litery etc. Wiem.



Skąd wiem, że to mapa myśli?? Jedyne, co nie podlegało w dyskusji dyskusji to fakt, że najbardziej znanym propagatorem i popularyzatorem tejże metody jest Tony Buzan. Odwołam się zatem do sformułowanej przez niego definicji:
"Mapy myśli są systemem przechowywania, organizacji i hierarchizacji danych (zwykle na papierze) przy użyciu słów- i obrazów-kluczy, z których każdy będzie pobudzał określone zasoby twojej pamięci oraz stymulował nowe myśli i spostrzeżenia." (T. Buzan, Mapy myśli, Łódź 2008, przekład D. Rossowski, s. 12)
Innymi słowy, mapa myśli to pewien sposób prezentowania informacji, który może służyć różnym celom. Jak przekonuje Tony Buzan:

"Mapy myśli pozwalają wiernie zaplanować każdy aspekt swego życia. Ponadto są instrumentem komunikacji, rozwiązywania problemów, wizjonerskiego planowania, nauczania, powtórek materiału, zarządzania czasem, odświeżania pamięci. Same w sobie mogą stanowić też kreacje artystyczne [wyróżnienie moje]." (T. Buzan, op. cit., s. 6).
Moje mapiątko obrazuje zestaw skojarzeń ze zwrotem "infobrokering i prawo". Trzy główne myśli to poszukiwanie (w domyśle informacji), przetwarzanie (w domyśle informacji) oraz efekty (w domyśle pracy). Wszystkie trzy zagadnienia mają swoje uwarunkowania prawne o których pisuję (w domyśle na blogu i nie na blogu). Mogłam niektóre słowa zastąpić obrazkiem bądź symbolem, co, jak twierdzą fani metody, pobudziłoby mój mózg do dalszej pracy.

Wnioski:

1) sama metoda prezentacji jaką jest mapa myśli, nie podlega ochronie w ramach prawa autorskiego. Prawo to chroni sam sposób wyrażenia a nie idee czy metody działania (zob. art. 1 ust. 2 ze zn.1 PrAut);
2) skoro prawo autorskie chroni sposób wyrażenia a jak już cytowałam powyżej, konkretna mapa myśli może stanowić wręcz kreację artystyczną, ochronie podlega konkretna mapa. Tak, jak chronione są obrazki. Można zatem rozpisać pojęcie "infobrokering i prawo" na czynniki pierwsze, ale jeśli ktoś ma ochotę korzystać z mojego mapiątka poza granicami dozwolonego użytku, powinien zapytać mnie o zgodę;
3) koncepcja ta nie może być chroniona patentem. Patent to prawo wyłączne udzielane na wynalazki. Za wynalazki nie uznaje się planów, zasad i metod dotyczących działalności umysłowej ani przedstawienia informacji (zob. art. 28 okt 3 i 6 PrWłPrzem);
4) sformułowanie "mapa myśli" nie jest zastrzeżone jako znak towarowy, chroniony na terytorium Polski. Gdyby nawet ktoś próbował uzyskać na nie prawo wyłączne w zakresie różnych psycho i szkoleniowych aktywności, uważam za wysoce prawdopodobne iż Urząd Patentowy uznałby to określenie za nieposiadające zdolności odróżniającej, ze względu na to, iż weszło do języka potocznego. Dziś, gdy mówimy "mapa myśli", raczej nie kojarzymy tego oznaczenia z żadnym konkretnym przedsiębiorstwem, nie każdy korzystający z tego rozwiązania wie, kto je pierwszy spopularyzował. Organizacja nosząca w nazwie nazwisko Buzana, zarejestrowała kilka znaków towarowych o skuteczności w różnych państwach. Jednym z nich jest MIND MAPS, zastrzeżony jako krajowy znak towarowy w UK.

PA nie udało się ostatecznie zastrzec żadnej nazwy. Próbował chronić, lub jak określali to wspomniani wyżej dyskutanci-zagarnąć bezprawnie dla siebie, szereg słownych znaków towarowych. Były wśród nich: MindMapper, Mind Mapper, Mind Mapping, mindmapping, mapy myśli. Oznaczenia miały być zastrzeżone dla takich towarów/usług jak szkolenia, oprogramowania komputerowe i psychotechnika. Polski Urząd Patentowy reagował na powyższe zgłoszenia na jeden z dwóch sposobów: decyzją odmowną albo decyzją o umorzeniu postępowania z powodu braku odpowiedzi na postanowienie.

Podsumowując, problem przedstawia się następująco:





wtorek, 7 stycznia 2014

Nihil novi

Nihil. No może poza rokiem. W przeciwieństwie do dominujących trendów, nie ogłaszam niczego nowego. Wręcz przeciwnie!! Będzie po staremu, nawet bardzo, biorąc pod uwagę datę ostatniego posta. Nic nie szkodzi. Bolesne bywają przecież rozstania, nie powroty.

piątek, 21 czerwca 2013

www.: weni, widi, wiczi...?

Skoro design jest dizajnem, businessman biznesmenem a wywiad udzielony wyłącznie jednej stacji to wywiad ekskluzywny, spolszczona wersja słów Cezara i tak wydaje się być mało ordynarna. 

Na czym polega "weni" i "widi" w przypadku stron internetowych wie dzisiaj każde dziecko, ale co bawet bardziej podkreśla powszechność zjawiska, niejedna babcia! A "wiczi" ??!! Siedzi sobie infobroker w stadium larwalnym przed komputerem i dobrze wie, że by przekształcić się w motyla a potem orła biznesu, ewolucja płata figle, potrzebna mu jest dobra strona internetowa. No to siedzi i weni, i widi...i wiczi! Podbija cudzą stronę internetową, niczym Juliusz Cezar Farnakesa, i bierze w niewolę teksty, układ strony i kolorki,  t(j)uningując je nieznacznie przed wystawieniem na widok publiczny. Czy metoda "na Juliusza" jest legalna? Od razu zaznaczam, że nawiązuję wyłacznie do aspektu "widi" a nie pracy programisty, dzięki któremu jest możliwe "weni" i inne aspekty związane z funkcjonowaniem strony internetowej.

Aby rozstrzygnąć powyższy dylemat, trzeba wiedzieć czy infobroker planując wygląd strony internetowej i pracując nad jej treścią, tworzy dzieło? Oczywiście, że każdy powie, że tak. Nawet arcy! Pytanie tylko czy jest to dzieło w rozumieniu prawa autorskiego.

Zgodnie z artykułem 1 ust. 1 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych,

przedmiotem prawa autorskiego jest każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia (utwór).

Trzeba zatem ustalić:

(1) czy to, co widzimy jako stronę internetową jest przejawem działalności twórczej?
(2) czy to ma indywidualny charakter?
(3) czy to jest ustalone w jakiejkolwiek postaci?
(4) last not least: czy to jest wynikiem działalności człowieka?

Powyższe cztery kroki są o tyle istotne, że takie właśnie pytania należy sobie zadać we wszystkich przypadkach, kiedy trzeba rozstrzygnąć czy coś jest chronione przez prawo autorskie, czy nie jest. Warto więc je zapamiętać.

Ponad tymi czterema pytaniami jest jedno superpytanie: czy wiem o jakie "to" mi chodzi?! W przypadku strony internetowej mogę wyróżnić kilka "totów". Czym innym jest portal, rozumiany jako zintegrowany system informacyjny, dostępny użytkownikom za pomocą internetu i w jego ramach decyzja o rozmieszczeniu jego poszczególnych elementów, czym innym jest szata graficzna portalu a za kolejne "to" można uznać teksty zamieszczane na portalu. Chcąc w miarę kompleksowo odpowiedzieć na pytanie czy metoda "na Juliusza" jest dozwolonym działaniem, będę się odnosić do wszystkich "totów" na raz.

Ścieżkę do zwycięstwa, pozostając w kręgu juliuszocezarowskich skojarzeń, zacznę od końca.

(4) To czy działalność, którą oceniamy pod kątem bycia chronionym utworem jest efektem pracy człowieka, jest wbrew pozorom istotne a może nie być oczywiste. Wystarczy sobie wyobrazić sytuację, w której po ulewie zostaje na ścianie czyjegoś domu święty zaciek o kształcie, zdaniem niektórych, Jezusa Chrystusa. Cała wieś podbiega i robi sobie telefonem czy tam aparatem swoje własne, święte obrazki. Właściciel domu twierdzi, że ma prawa autorskie do dzieła, które ukazało się na jego ścianie. Nie ma. Ma prawo do prywatności, dzięki któremu może pozbyć się gapiów spod swojego okna. Praw autorskich nie ma ani ściana, ani jej właściciel.

Poniekąd można powiedzieć, że strony internetowej też człowiek nie robi, bo robi ją maszyna. Owszem, ale ona służy w powyższym przypadku za narzędzie, które umożliwia korzystanie z danej formy wyrazu. Zrobi tyle, o ile zostanie poproszona (poza licznymi przypadkami złośliwości przedmiotów martwych). To też istotne, na ile działania owej maszyny są wynikiem standardowego programu a ile w nich istotnych wskazówek twórczych użytkownika.

 (3) Ustalony to nie to samo, co utrwalony. Oznacza to, że prawo autorskie wcale nie wymaga, by efekt działalności twórczej był zapisany na jakimś nośniku. Nie mówiąc już o obowiązku rejestracji utworu. Wystarczy, że pomysł jaki mamy w głowie, on sam chroniony nie jest, zostanie z niej wydobyty i wyrażony w dowolnej formie. To już wystarczy by uznać, że utwór został ustalony. A form jest wiele. Słowo, litera, obraz, dźwięk, kształt i wszystko inne, jeśli tylko nadaje się do wyrażenia twórczej działalności. Każda z wymienionych, no może poza kształtem, może posłużyć jako forma wyrażenia dla utworów, które budują stronę internetową.

(2) i (1). W zasadzie dobrze jest działalność twórczą zestawiać od razu z indywidualnym charakterem, bo to oszczędzi trochę. Co mi po twórczości, która nie jest indywidualna? Żeby nie czynić ogólnych i teoretycznych wywodów, od razu skupię się na przykładach, które każdy na stronie internetowej "widi".

W orzecznictwie, ubogim, skąpym i do policzenia niemalże na palcach Twixa, uznano, że portal internetowy i jego szata graficzna mogą być uznane za utwór, jeśli spełniają wymienione powyżej warunki. Co zatem podlega a co nie podlega ochronie? Od razu zaznaczam, że poniższe ustalenia mają charakter wyłącznie informacyjny, ponieważ każdy przypadek należy oceniać odzielnie.

Układ strony

Dzisiaj chyba nikt nie twierdzi, że zamieszczenie na stronie zakładek (o nas, u nas, z nami, cena, kontakt i inne), to efekt twórczości, który należy chronić prawem autorskim. Zatem sam sposób prezentowania treści w ten sposób, poprzez podzielenie jej na działy, ochronie prawnoautorskiej nie podlega.

Teraz można się zastanowić czy kryteria wedle jakich tę treść grupuję nie mogłyby podlegać ochronie. Mogłyby, ale musiałyby być tak oryginalnie dobrane, że nie bardzo jestem w stanie podać jakiś przykład. Planując stronę dla działalności infobrokerskiej można spodziewać się, że pojawi się na niej dział poświęcony ogólnemu opisowi przedsiębiorcy, typom świadczonych usług, może prezentacji kompetencji zespołu, cennik, w którym będzie wszystko poza konkretną ceną, i kontakt. To taki standard. Niektórzy dodają także "bazę wiedzy", opisując tam podstawowe zagadnienia związane z infobrokeringiem, czasem zresztą dla własnego komfortu, żeby klient nie spodziewał się niemożliwego. Może się także znaleźć odesłanie do pożytecznych zasobów poprzez zamieszczenie linków, na jednej ze stron znalazłam zakładki takie jak "prezenty wirtualne" czy "konto-bank" co oczywiście jest twórcze w porównaniu z "cennik", ale obawiam się, że dla sędziego to za mało, by przyznał temu ochronę autorskoprawną.

Nikogo też już dzisiaj nie dziwi, że pod kategoriami, na pasku, pojawiają się zmieniające się zdjęcia. To też sposób  prezentacji treści. Albo że w dole ekranu pojawia się kalendarz, albo formularz kontaktowy, albo że gadają do nas awatary. Nie ma przeszkód by wymyślić takie "albo" które na tym tle będzie super twórcze i indywidualne. Na pewno jest to wyzwanie!

Podsumowując, układ strony w powyższym rozumieniu jest w większości dyktowany charakterem świadczonych usług i pewnym zwyczajem. Z jakichś względów zakładki są po bokach strony i na górze a nie na dole.

Dodatkowo należy zwrócić uwagę, że jest obecnie wiele możliwości tworzenia stron internetowych z pomocą szablonu. To osłabia lub wręcz wyklucza ochronę prawnoautorską, ponieważ wybór z przedstawionych rozwiązań eliminuje skutecznie aspekt indywidualnej twórczości.

Grafika strony

Ta kwestia jest stosunkowo prosta. Na grafikę można patrzeć jak na obrazek i nie trzeba tworzyć tu specjalnych zasad dla przestrzeni wirtualnej. Twórczy i indywidualny charakter sędzia ocenia zwykle "na oko",  co akurat w przypadku grafiki złym rozwiązaniem nie jest. Często, panie zrozumieją o co chodzi, ważne dla właściciela strony mogą być kolory. Na przykład  jeden z projektów, w którym mam przyjemność brać udział, jest fioletowopopielaty z naciskiem na fioletowy. I bardzo się czuję do tych kolorów przywiązana, ale jak się okazuje, nie ja jedna. Dobrze wyglądają razem, są eleganckie i mają tysiące odcieni (to zrozumieją tylko panie). Uwalniali orkę, uwolnić trzeba też kolory, chyba że ktoś zrobi stronę tak łudząco podobną do naszej, że klient zwyczajnie może się pomylić. Wtedy, jeśli z punktu widzenia prawa autorskiego to za mało, można sięgnąć do przepisów ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji. Trzeba jednak brać wtedy pod uwagę całokształt.

Teksty na stronie

Ehh...teraz prawda, która mnie autentycznie boli prawie tak bardzo jak osobę, która mnie skłoniła do tego postu. Prawo autorskie nie służy temu, żeby monopolizować język polski. Prawo autorskie nie chroni pomysłu, koncepcji, ale środki wyrazu.

Przykład z życia wzięty, nie ten tylko inny oczywiście w naturze występował. Przedstawiam Państwu dwie postaci: Infobroker A z polotem i ambicją; Infobroker B i na tym prezentację jego sylwetki zakończę.

Infobroker A prezentuje swoje usługi na stronie i pisze, że, przykładowo:

► dla doktoranta prawa dokonaliśmy analizy dostępności materiałów o zdatności arbitrażowej sporów dotyczących patentu w języku polskim.

Infobroker B pisze, też przykładowo, ale nie!przypadkowo:

► dla magistra ochrony środowiska sprawdziliśmy bibliografię w języku polskim

...i mógłby to być przypadek, ale ciągle chodzą mi głowie słowa Szymborskiej "przepraszam przypadek, że nazywam go koniecznością", bo w zasadzie każe od kropki, jest kropka w kropkę na zasadzie powyższej. Wiem, że boli, ale uważam, że sąd nie dopatrzy się w takim przypadku naruszenia prawa autorskiego, bo w ogóle wątpliwe czy prawo to służy takim krótkim wypowiedziom. To jest niefajne, to jest nieuczciwe, ale obawiam się, że w formie takiej jak podana, dozwolone. Oczywiście, dla chcącego nic trudnego, można próbować twierdzić, że to czyn nieuczciwej konkurencji, że niezgodny z dobrymi obyczajami, ale będzie z tego więcej kosztów niż pożytku. Pisząc doktorat mam natomiast obsesję z cudzysłowem i przypisami, jakby każde słowo było chronione prawem autorskim, ale to bardziej ze względu na rzetelność naukową i brak świadomości, kto będzie ów doktorat recenzował. Ego nie ma granic i nie mam zamiaru niczyjemu ego tłumaczyć, że idea objęta ochroną nie jest. Wolę zacytować.

Podsumowując: takie "inspiracje" trzeba zwalczać metodami innymi niż pozew o naruszenie prawa autorskiego [do niczego nie nawołuję - przyp. autorki].

To wcale nie oznacza, że zawartość strony internetowej nie może być chroniona prawem autorskim. Akurat w tych przypadkach, które opisałam, słabo to widzę.  

Czy ktoś ma dla mnie jakieś inne przypadki??!!


niedziela, 9 czerwca 2013

Cichosza! i problemy z byłymi

Know-how część II. 

Jestem z Krakowa, od zawsze, i nie mogę nie kochać Grzegorza Turnaua a zwłaszcza jego twórczości. Zwykle mówienie o tym, co autor miał na myśli, ma niewiele wspólnego z jego zamysłem, ale w końcu jestem z Krakowa. Oznacza to, że jestem skąpa i przemądrzała. Jak zaczyna się Cichosza (słowa G. Turanu i M. Zabłocki)? Tak:
"Po cichu
po wielkiemu cichu
idu sobie ku miastu na zwiadu
idu i patrzu (...)"
I tak właśnie, po cichu, w kierunku każdego infobrokera, może sobie iść na zwiady konkurent. Być może na razie, dopóki zawód ten nie jest jeszcze silnie reprezentowany i pewnie wielu z infobrokerów pracuje w pojedynkę, ryzyko wypłynięcia informacji nie jest wielkie. Sami infobrokerzy wiedzą pewnie najlepiej, że im mniej osób i pośredników jest dopuszczonych do informacji, tym trudniej ją zdobyć. Infobrokerzy wiedzą też dobrze, że najsłabszym ogniwem w utrzymaniu tajemnicy jest...człowiek. Inwestycja w zabezpieczenia techniczne nie uchroniła jeszcze nikogo przed za długim językiem. Kary z Kodeksu Hammurabiego są mało eleganckie. Polecam zatem opracowanie strategii ochrony know-how w oparciu o Ustawę o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji.

W ostatnim poście stworzyłam definicję know-how, przez które rozumiem takie dobra niematerialne, które z jakichś względów nie są przez przedsiębiorcę chronione przy kosztownej współpracy z Urzędem Patentowym albo po prostu nie spełniają wymogów ustawowych, by taką współpracę nawiązać. Spełniają jednak taki wymóg, że są dla infobrokera ważne i ma wrażenie, że to dzięki nim ma przewagę nad konkurencją.

Tajemnicą przedsiębiorstwa, zgodnie z art. 11 Ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, mogą być informacje techniczne, technologiczne, organizacyjne lub inne, posiadające wartość gospodarczą. Tutaj jest miejsca na ochronę wszelkich metod biznesowych; sposobów na sprawne wyszukiwanie informacji; kolejności wykonywanych czynności przy wyszukiwaniu informacji, dzięki której oszczędza się czas i pieniądze; metod nawiązywania kontaktów biznesowych i wielu innych wypracowanych przez infobrokera pomocnych, nienamacalnych narzędzi, które nie są objęte ochroną prawnoautorską ani patentową. 

Informacje te, żeby objęła je ochrona z ustawy, muszą mieć wartość ekonomiczną. Przyjmuje się, że oznacza to, iż ich wykorzystanie może zwiększyć zyski lub zaoszczędzić wydatki innego przedsiębiorcy.

Po drugie to, co chcemy chronić tajemnicą przedsiębiorstwa, nie może być podane do wiadomości publicznej. Tajemnica przedsiębiorstwa nie obejmuje zatem tzw. znanego know-how. Jeżeli mamy zlecenie, dotyczące wyszukania artykułów na dany temat i korzystamy z wyszukiwarki Google Scholar, nie liczmy, że uda się nam ten sposób działania chronić przed, uczciwą lub nieuczciwą, konkurencją. W orzecznictwie utrwaliło się, że tajemnica przedsiębiorstwa nie może obejmować informacji, które mogą być legalnie i w zwykłej formie zdobyte przez zainteresowanego. Należy także zwrócić uwagę, na cienką granicę pomiędzy specjalistyczną wiedzą a tajemnicą przedsiębiorstwa. Dowodzenie co jest czym może być bardzo kosztowne, jednak warto zwrócić uwagę, pojęcia te nie do końca się pokrywają. Decydujące, dla otrzymania ochrony, będzie to czy ta wiedza, mimo że jest bardzo specjalistyczna, jest powszechnie dostępna.

Ile osób może wiedzieć o tajemnicy, żeby jeszcze była tajemnicą? Ustalenie tego jest ważne, bo, np. dla większości kobiet, gdy mąż mówi coś w tajemnicy, to jest to oczywiste, że dowiedzą się trzy przyjaciółki, mama i kilka koleżanek z pracy. Sąd wypowiedział się już na ten temat, stwierdzając, że nie ustaje stan tajemnicy, jeżeli wie o niej ograniczone grono osób, zobowiązane do dyskrecji. W tej grupie mogą znaleźć się zarówno pracownicy jak i kontrahenci danego przedsiębiorcy.

Bardzo ważne! Przedsiębiorca musi podjąć działania, zmierzające do ochrony tajemnicy. Stąd wymóg, że aby ją utrzymać, konieczne jest zobowiązanie innych osób do dyskrecji. Nie można niczego przyjmować za oczywiste. Nie jest mądre pukanie się po głowie, zaraz po tym, jak "zdebilniały pracownik coś wypapla a przecież to tajemnica." Alokacja debilizmu w powyższym przypadku nastąpiła zdecydowanie gdzie indziej. Należy dawać wyraźnie do zrozumienia wszystkim, którzy mają do tajemnicy dostęp, że jest ona tajemnicą i że należy ją chronić. Ważne też, by podpisywać stosowne dokumenty z pracownikami i kontrahentami. W polskiej rzeczywistości, w której intercyza przed ślubem jest traktowana niemalże jak żądanie rozwodu, praktyka ta przez niektórych jest postrzegana jako brak zaufania. Jak mawia moja ulubiona serialowa bohaterka: "Trust but verify". Nic nie stoi na przeszkodzie, aby do dyskrecji zobowiązały się obie strony, co być może załagodzi atmosferę. Papier jest ważny dlatego, że w sądzie trzeba będzie wykazać, że podjęło się kroki, zmierzające do zabezpieczenia tajemnicy. Tajemnicę przedsiębiorstwa może także naruszyć osoba, która posiadła informację przypadkowo. Nie chodzi zatem o to, że z każdym muszę zawierać umowę o obowiązku poufności. Jest to jednak dobre rozwiązanie w kręgu osób, z którymi stale współpracuję.

A co jeśli ktoś udostępni informację infobrokerowi, zapewniając, że jest z pewnego i legalnego źródła a okaże się, że stanowi ona tajemnicę przedsiębiorcy? Ustawa o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji zadbała o takie przypadki. Jeżeli dostarczenie informacji odbyło się za wynagrodzeniem a nabywający infobroker był w dobrej wierze, ta sytuacja nie będzie stanowiła naruszenia tajemnicy przedsiębiorstwa. I tu, prawie, same dobre wiadomości! W dobrej wierze w Polsce nie pozostają wyłącznie katolicy! Dobra wiara polega na tym, że w danych okolicznościach było usprawiedliwione przekonanie, że postępuje się zgodnie z prawem. W naszym przypadku, że informacja jest zdobyta legalnie. Druga dobra informacja jest taka, że to, że było inaczej, musi wykazać osoba czyniąca nam zarzut. Teraz zła wiadomość. Mimo, że korzystanie z takiej informacji nie będzie traktowane jak naruszenie tajemnicy przedsiębiorstwa, sąd może nakazać zapłacenie stosownego wynagrodzenia za korzystanie z informacji...
 

A na koniec kłopoty z eks. Pewnie większość pracodawców powie, że traktują pracownika jak syna. Pracownicy dodadzą, że owszem, ale takiego z nieślubnego małżeństwa, który po kilkunastu latach zjawia się po alimenty. Niezależnie od tego jak Wy traktujecie swoich pracowników, prędzej czy później nadejdzie dzień, w którym zmienią oni pracę. Co wówczas z tajemnicą przedsiębiorstwa. Czy możesz spać spokojnie czy też musisz śledzić poczynania konkurenta, dla którego pracuje teraz Twój eks? Z Ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji wynika, że pracownik, niezależnie od tego czy pracował na podstawie umowy o pracę czy też zawarłeś z nim inną umowę, na przykład o dzieło,  ma obowiązek utrzymywania tajemnicy przedsiębiorstwa przez trzy lata od ustania stosunku pracy. Okres ten można skrócić lub wydłużyć umownie. Istotne jest to, że nawet jeżeli zapomniałeś wpisać takie sformułowanie do wiążącej Was umowy, reguła ta i tak obowiązuje. Były pracownik jest zwolniony z utrzymywania stanu tajemnicy po upływie okresu wspomnianego w umie lub trzech lat, jeżeli umowy w tym zakresie nie było, ale także po ustaniu stanu tajemnicy. Uwaga! Sądy orzekły, że samo wykorzystanie przez pracownika doświadczenia i umiejętności, zdobytych u byłego pracodawcy, nie stanowi jeszcze naruszenia tajemnicy przedsiębiorstwa. Jeżeli chcesz się ustrzec przed powyższym, konieczny jest umowny zakaz konkurencji przez ograniczony czas id zakończenia stosunku pracy. Weź jednak pod uwagę, że należy zapewnić byłemu pracownikowi przez ten okres środki do życia. Podsumowując, korzystanie przez pracownika z doświadczenia, które zdobył pracując u Ciebie, na rzecz Twojego konkurenta nie stanowi jeszcze naruszenia tajemnicy przedsiębiorstwa.

Wniosek z powyższego taki, że zdrowie jest ważne w każdej dziedzinie życia. Także i w przypadku ochrony know-how, lepiej zapobiegać, niż leczyć!


środa, 22 maja 2013

Podwójne, wstrząśnięte, nie mieszane: know-how.

Dziś know-how o know-how część I. Niektórzy mogą uznać know-how za nasz wymysł narodowy, bo "wiedzieć jak" to, jeśli wierzyć sloganom reklamowym, drugie imię każdego Polaka. Wiemy jak grać w piłkę, gdy polska reprezentacja przegrywa, wiemy jak naprawić małżeństwo, jeśli chodzi o cudze, wiemy jak upiec sernik, gdy koleżance nie wyszedł. Ale czy wiemy jak zdefiniować know-how?!

Pierwszy raz zetknęłam się z tym wyrażeniem jakieś dwadzieścia lat temu przeglądając magazyn dla panów. Ku mojemu rozczarowaniu kryła się pod nim jedynie instrukcja...wiązania krawata. Mimo, że krawat nauczyłam się wiązać wiele lat później, przykład ten wykorzystuję do dzisiaj (po raz kolejny potwierdzenie znajduje teza, że dla zapamiętania informacji, pierwszorzędne znaczenie ma kontekst jej poznania).

Własność intelektualną można podzielić na trzy segmenty. Pierwszy to prawo autorskie, drugi-własność przemysłowa a trzeci to właśnie know-how. O ile nazwy pierwszych dwóch segmentów są dość sugestywne i wiadomo, co w ich zakresie jest chronione, z trzecim już tak łatwo nie jest. 

Jako know-how zakwalifikowałabym te wszystkie dobra niematerialne, które:

►z jakichś subiektywnych powodów nie są chronione w ramach dwóch pozostałych kolumn;
►nie są chronione w ramach pozostałych dwóch kolumn, ponieważ jest to wykluczone przez przepisy prawa.

Dzióbek numer 1.  

Jak się nazywa napój, który gości zwłaszcza w Boże Narodzenie na wszystkich polskich stołach i przynosi radość?! Oczywiście Coca-cola. Produkt ten jest obecny na rynku od blisko 130 lat i wciąż tylko bardzo wąskie grono osób zna jego recepturę. Co jakiś czas w mediach pojawiają się historie o tym, że jest ona strzeżona w wielkim sejfie przez trzygłowego smoka ziejącego Pepsi albo o tym, że tych dwóch śmiertelników, którzy posiadają tajemną wiedzę ma zakaz kontaktowania się ze sobą i mają nawet obowiązek podróżowania osobnymi samolotami (ahh...!! Jakaż szkoda, że na praktykę tę nie zwrócono uwagi w Polsce przed 10 kwietnia 2010 roku. Zapamiętaj, że zainteresowanie własnością intelektualną może uratować życie!!).

Niezależnie od tego, ile prawny leży w tych opowiastkach, niewątpliwe jest to, że skład Coca-coli nie jest powszechnie znany. Gdyby wiele lat temu, osoby wprowadzające ją na rynek podjęły decyzję o ochronie patentowej dla substancji albo sposobu jej wytwarzania, monopol na komercyjne korzystanie z patentu przysługiwałby im przez...20 lat. Później KAŻDY chętny mógłby wykorzystywać wynalazek w swojej działalności gospodarczej. Innymi słowy, zyski z ostatnich 110 lat zostałyby podzielone potencjalnie pomiędzy wszystkich przedsiębiorczych obywateli tego świata.

Ochrona patentowa, jak większość zjawisk, ma dobre i złe strony. Dobrą jest urzędowo potwierdzone prawo do wyłącznego korzystania z wynalazku, złą cena, jaką się za nią ponosi. Cena mierzona w tysiącach polskich złotych lub innej walucie, w zależności od zasięgu ochrony, ale także cena, polegająca na obowiązku ujawnienia istoty chronionego rozwiązania. Ochrona patentowa opiera się o ideę fair (?) trade z państwem: ono nam daje (za nasze pieniądze) ochronę a my dzielimy się ze społeczeństwem naszą wiedzą, przełożoną na konkretne, opatentowane rozwiązanie. Krytyka ochrony patentowej zwykle skupia się na wymienionych kosztach, które niekoniecznie zachęcają wynalazców do wzmożonej pracy i mogą być powodem rezygnacji ze starań o uzyskanie patentu.

Ktoś w Coca-coli poczuł, że produkt ma potencjał i że 20 lat wyłączności to zdecydowanie za mało. Takie przekonanie w biznesie jest bardzo pomocne i napędzające, ale powstają dwa pytania: (1) a co jeśli potencjał nie zostanie przez rynek dostrzeżony? (2) czy rzeczywiście rezygnacja z ochrony patentowej oznacza minimalizację kosztów? W końcu chyba nikt kto jest przekonany o tym, że ma do czynienia ze świetnym produktem, nie zrezygnuje z jego ochrony...jeśli nie patent, to co?! Know-how!

Dzióbek  numer 2.

W poprzednim tekście wymieniałam, co nie jest chronione przez prawo autorskie. Najważniejsze z tych wyłączeń dla infobrokera to brak ochrony informacji oraz metod i zasad działania (zobacz art. 1 ust. 2 Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych). To ostatni może się odnosić do sposobu w jaki infobroker prowadzi swoją działalność gospodarczą, pozyskuje kontakty, zarządza pracownikami etc. Doświadczenie zdobyte podczas współpracy z innym infobrokerem, może dość łatwo i szybko przeistoczyć się kopiowanie tych metod w ramach własnej działalności gospodarczej. Niestety, prawo autorskie nie będzie dobrą podstawą do ich ochrony.

To może prawo patentowe? Też nie bardzo. Ustawa Prawo własności przemysłowej, zresztą jest to aktualne nie tylko w odniesieniu do polskiego porządku prawnego, gdyż są to międzynarodowe standardy, za wynalazki nie uważa się m.in. planów, zasad i metod, dotyczących prowadzenia działalności gospodarczej a także przedstawienia informacji (zobacz art. 28 ustawy Prawo własności przemysłowej).

A może dałoby się chociaż załapać na ochronę zapewnioną przez ustawę o ochronie baz danych? W zasadzie efektem realizacji większości zleceń realizowanych przez infobrokerów, będzie baza danych. Do tego zagadnienia powrócę w osobnym artykule, na razie wystarczy jeśli zwrócę uwagę, iż infobroker nie zawsze będzie, a raczej rzadko będzie, spełniał kryteria, kwalifikujące go jako producenta bazy danych, któremu przysługuje ochrona.

Jak zatem know-how może być chronione? Dalsza część know-how o infobrokerskim know-how niebawem.

Drodzy Infobrokerzy, podzieldzie się proszę doświadczeniem i napiszcie w komentarzach czy w ogóle podejmujecie jakiekolwiek kroki, by chronić to, co opisane powyżej??

PS
Przez "niebawem" rozumiem "na-pewno-nie-po-takiej-przerwie-jak-po-ostatnim-tekście".

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

©opyrights by infobroker ??

Samo stworzenie utworu jeszcze z nikogo nie uczyniło artysty, ale wielu uczyniło twórcami w rozumieniu ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Czy infobroker może używać symbolu ©?? Pewnie, że może. Każdy może, bo symbol ten w krajach europejskich nie wiele znaczy, w Stanach Zjednoczonych coraz mniej, a już na pewno nie zapewnia żadnej prawnej ochrony. Działa co najwyżej jak tabliczka "Uwaga! Groźny pies!". Nie wiem jaką ma ona skuteczność w przeciwdziałaniu okradaniu domów, ale pewnie nie 100%. Pewnie też nie 60% a już najpewniej, nikt tego nie wie i nie jest w stanie sprawdzić. Tak samo jest w przypadku ©.

Kilka uwag wprowadzających. Przede wszystkim, hasło "to jest chronione przez prawo autorskie" jest nadużywane zasadniczo z dwóch powodów. Po pierwsze, ochrona prawnoautorska ma swoje granice, także wytyczone przez ustawę. Poza tym prawo autorskie jest tylko jednym segmentem w ramach własności intelektualnej i to, że nie zawsze i nie wszystkimu zapewnia ochronę, nie oznacza jeszcze, że nie można jej uzyskać na podstawie innych przepisów. Czy to ważne, czy teoretyczne?? Załóżmy, że infobroker przechodzi przez ulicę. Konkurent, który tak nieudolnie prowadzi swoją działalność, że w zasadzie słowo "konkurent" jest nadużyciem, umyślnie wjeżdża w infobrokera samochodem. Infobroker ma złamane obie ręce, co znacznie utrudnia mu pracę, więc dochodzi odszkodowania. W pozwie pisze, że mu się ono należy za złamane nogi. Idzie do sądu, wzbudzając powszechne politowanie, zwłaszcza gdy próbuje samodzielnie otwierać drzwi, i wszyscy na sali widzą, jaka spotkała go krzywda. I sędzia też to widzi, ale co może?? Infobroker wnosi o odszkodowanie w związku ze złamaniem nóg a nogi są całe i zdrowe. Jeśli zatem, przykładowo, konkurent narusza prawa do znaku towarowego (logo) a zostanie pozwany za naruszenie praw autorskich, to nie zawsze uda się coś ugrać. Nie zawsze, bo będą przypadki, że te dwa typy ochrony, przewidziany dla utworów i dla znaków towarowych, będą się krzyżowały. Dobrze jednak być w stanie świadomie ocenić swoje szanse na powodzenie.

Zakładam, że infobroker chciałby wiedzieć:

►co jest a co nie jest chronione przez prawo autorskie?
►czy informacja jest chroniona przez prawo autorskie?
►czy cokolwiek z tego, co robi infobroker jest chronione przez prawo autorskie?

Chciałby wiedzieć po to, żeby ocenić czy efekt jego działalności jest chroniony oraz po to, żeby znać granice, w jakich może korzystać z wyników cudzej pracy. 

Co jest a co nie jest chronione przez prawo autorskie

Nie da się wyczerpująco odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Do dyspozycji jest bowiem bardzo ogóla definicja ustawowa i orzecznictwo, dzięki któremu można się przekonać, jak wygląda jej stosowanie w praktyce. 

Zgodnie art. 1 powołanej wyżej ustawy, utworem jest każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia.  Konsekwencje tej definicji są następujące:

 ►prawo autorskie chroni sposób wyrażenia a nie sam pomysł

Przykład: Mam pomysł taki, że będę prowadzić bloga o prawnych aspektach infobrokeringu. Jeżeli ktoś "wpadnie" czytając mojego na taki sam pomysł, nie narusza prawa autorskiego. Szerokie pole do nadużyć pozostaje natomiast w kontekście treści bloga, układu artykułów etc. Z wyglądem byłby już problem ponieważ ten blog został wykonany przy użyciu szablonu i obawiam się, że wybór tła spośród dostępnych nie jest w wystarczającym stopniu twórczy.

Przykład: Mam pomysł na świetną reklamę usług infobrokerskich i dzielę się nim z jakimś infobrokerem. Nie chodzi o przekazanie scenraiusza, ale ot, sama koncepcja. Taka jak to, że ktoś wymyślił, że po napiciu się napoju energetyzującego można latać. Infobroker robi reklamę bez porozumienia ze mną. Nie łamie prawa autorskiego.

►działalność w wyniku której powstaje utwór musi mieć indywidualny charakter i musi być działalnością twórczą. Bardzo trudno wyjaśnić, co ustawodawca miał na myśli, ze względu na ogólny charakter tych pojęć i możliwość bardzo rozbieżnych interpretacji. Wynik działalności odtwórczej albo postępowania wedle z góry określonych reguł, nie będzie utworem zasługującym na ochronę. Poniżej przykłady z orzeczeń sądu, które można powiązać z działalnością infobrokerską.

Wyrok SN z dnia 3 października 2007 r., sygn. II CSK 207/07

Wymaganie nowości nie jest niezbędną cechą twórczości jako przejaw intelektualnej działalności człowieka. Utworem w rozumieniu art. 1 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych może być kompilacja wykorzystująca dane powszechnie dostępne,  pod warunkiem, że ich wybór, segregacja i sposób przedstawienia ma znamiona oryginalności.

Wyrok NSA we Wrocałwiu z dnia 9 marca 2000 r., sygn. I SA/Wr 1000/99

Komputerowej bazy danych w postaci informacji o klientach i ich adresach nie można uznać za efekt działalności twórczej w rozumieniu art. 1 ust. 1 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych.

Wyrok SA w Poznaniu z dnia 9 listopada 2006 r., sygn. I ACa 490/06
Nie jest utworem w rozumieniu prawa autorskiego opracowanie stanowiące jedynie zastosowanie nawet wysokospecjalistycznej wiedzy technicznej, jeżeli jego treść jest z góry zdeterminowana obiektywnymi warunkami i wymaganiami technicznymi oraz charakterem realizowanego (rozwiązywanego) problemu (zadania) technicznego.

Wyrok NSA w Lublinie z dnia 30 czerwca 1999 r., sygn. I SA/Lu 407/98

Sporządzone, w wykonaniu umów o dzieło, opinie i raporty z badania sprawozdań finansowych, nie są utworami w rozumieniu art. 1 ust. 1 ustawy z 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych.

Z ustawy wynika, że nie (!!) są chronione: akty normatywne i ich urzędowe projekty; urzędowe dokumenty, materiały i symbole (trochę na ten temat pisałam w poście Znalezione, ukradzione!!); opublikowane opisy patentowe lub ochronne; proste informacje prasowe.

Nie (!!) są chronione również: odkrycia, idee, procedury, metody i zasady działania oraz koncepcje matematyczne.


Czy informacja jest chroniona przez prawo autorskie?

Nie jest. Ochroną jest objęty sposób, w jaki ta informacja, jeśli twórczy, została przekazana. Chyba jest jednak tak, że infobrokerowi, zależy bardziej na treści, niż na formie. Zatem, jeżeli ktoś podkrada infobrokerowi informacje, zupełnie nieefektywne będzie pozywanie go o naruszenie praw autorskich. Tu przydadzą się inne prawne instytucje, które opiszę niebawem, takie jak tajemnica przedsiębiorstwa i zwalczanie nieuczciwej konkurencji.


Czy cokolwiek z tego, co robi infobroker jest chronione przez prawo autorskie?

..i co mu z tego?? Ochroną prawnoautorską może być objęty np. raport sporządzony przez infobrokera. Znowu, tylko wtedy, jeżeli spełnia przesłankę charakteru twórczego. Krótki test na charakter twórczy: czy gdyby dwie osoby otrzymały jedno zadanie i instrukcje, jak je wykonać, to czy osiągnęłyby niemal identyczny efekt? Jeżeli ktoś będzie miał taką fanaberię i zleci zestawienie osób, których dane są w książce telefonicznej do litery "d", nie daje to zbyt dużego pola do popisu na polu indywidualnej twórczości. Jeżeli jednak infobroker stwierdzi, że to wyprodukował na zlecenie, może być potraktowane jako utwór, to musi uważać jaką podpisuje umowę.

Przykład: Infobroker sporządził opracowanie, które w zasadzie jest bardzo interesującym artykułem. W podpisanej z klientem umowie nie ma nic o przenoszeniu praw autorskich. Oznacza to, że klient może korzsytać z raportu w celu uzasadnionym zakresem umowy. Jeżeli jednak, będzie chciał wydać książkę, w której zgromadzi różne raporty, w tym ten sporządzony przez infobrokera, to musi: (a) zapytać o zgodę, (b) zapłacić, jeśli infobroker sobie tego zażyczy.

Groźnym p©em zaczęłam i p©em skończę. Dlaczego © jest tak mało skuteczne i w zasadzie mogłoby być równie dobrze kwiatkiem lub seruszkiem? © miało sens jakiś czas temu w Stanach Zjednoczonych, gdzie uzależniano udzielenie ochrony od rejestracji utworu w Library of Congress. Było wtedy informacją o tym, że utwór jest chroniony. W europejskiej tradycji, utwór jest chroniony od momentu ustalenia, żadna rejestracja nie jest konieczna. Nie jest nawet możliwa, bo nie ma takiej instytucji, która by się tym zjamowała. Na skutk umów międzynarodowych w USA też już nie uzależnia się przyznania ochrony od rejestracji. Było to uciążliwe dla twórców spoza Stanów, którzy chcieli rozpowszechniać swoje utwory na tamtejszym rynku (pewne funkcje w Stanach © pełni nadal, np. łatwiej jest przeprowadzić postępowanie dowodowe w sądzie). Może umieszczenie tego symbolu kogoś zniechęci do naruszenia...ale należy pamiętać, że ©, w przeciwieństwie do psa, nawet nie zaszczeka.